Czym jest pomieszanie w psychoterapii Gestalt? Każdy proces terapeutyczny jest procesem wydobywanie się autentycznego Ja. Pomieszanie jest istotnym, choć niezbyt przez nas oczekiwanym momentem, tego procesu. To doświadczenie specyficznego impasu. W pewnym momencie nasi pacjenci odczuwać mogą moment impasu. To miejsce, w którym stare strategie przestały już działać, a nowe jeszcze nie zostały przez nas ukształtowane. Człowiek nie wie wtedy co robić, jest zdezorientowany, nie chce podjąć pochopnych działań, a jednocześnie nie bardzo wie też, co mógłby zrobić. Utyka. To moment, w którym z tła nie wyłania się, jeszcze, żadna wyraźna figura. To moment jakby „zawieszenia figury” w płodnej próżni – żadna klarowna postać nie wyłania się jeszcze z tła. Zadaniem terapeuty nie jest „popychanie” drugiej osoby, jego rolą jest raczej bezpieczna obecność i towarzyszenie pacjentowi w Jego stanie pomieszania. Może przeżyć w naszej obecności swoje bezpieczne „nie wiem”. Być może wyposażył się już w procesie terapeutycznym w odpowiednie sposoby samoregulacji pozwalające wytrzymać stan nieznośnej bezradności. Co jeśli nie? Wzrost dzieje się, gdy pozwolimy sobie w pełni zaznać frustracji z dotychczasowych strategii, a nie kreatywne ich omijanie.
Gdyby spojrzeć na „pomieszanie” z perspektywy teorii pola, to możemy spojrzeć na punkt pomieszania, jako miejsce, w którym twórcze przystosowanie dezaktualizowało się, stało się nieefektywną organizacją jednostki. Homeostaza pola uległa rozpadowi. Nowa spójność jeszcze się nie ukonstytuowała. Można to czytać przez pryzmat teorii Lewina: jako napięcie w polu bez rozwiązania czy przez myśl Francesettiego nazywającego ten stan dysestezją pola.
Wsłuchując się w fenomenologów można ów stan nazwać zawieszeniem naturalnego nastawienia, moment epoché, w którym oczywistości przestają być oczywiste.
Zaskakujący jest dla mnie moment, w którym przyjrzałem się swojemu pomieszaniu, swojej własnej organizacji pola. Odbyło się to podczas oglądania nowego filmu Pedro Almodovara „Gorzkie święta”. Podczas seansu, w trakcie krótkiej wymiany słów z bliską mi osobą zauważyłem między nami pewną różnicę. Wielowarstwowa struktura narracji plątała się w przeżyciach kilkorga bohaterów. Nie potrzebowałem ustrukturyzowania tej opowieści i identyfikacji poszczególnych wątków z historii postaci. Moja potrzeba była inna. Doświadczając swego „nie wiem” zanurzyłem się nie w impasie bohaterów filmu, a w zgodzie na wyłonienie się własnej figury. Rzucenie się jednej z głównych postaci filmu, w wir pracy po śmierci matki to klasyczna defleksja i retrofleksja: żałoba, która powinna znaleźć ujście w kontakcie (z utratą, z innymi, z ciałem), zostaje odwrócona do wewnątrz i rozładowana w działaniu. Elza funkcjonuje sprawnie, „trzyma się”, ale to funkcjonowanie oparte jest na unikaniu – w perlsowskim modelu warstw nerwicy, tę Perls nazywał fobiczną: sprawność kosztem kontaktu z tym, co realne. Pojawia się u bohaterki atak paniki.
To moment, w którym stara strategia (praca jako ucieczka) przestaje działać – ciało „odmawia posłuszeństwa”. W języku Gestalt: organizm sam wymusza przerwanie defleksji, gdyż napięcie pola przekroczyło próg, który jeszcze dało się regulować działaniem. To dokładnie ten punkt, o którym pisałem wyżej– stare self-support (praca, kontrola, dystans) się wyczerpuje, nowe jeszcze nie istnieje – impas. Elza zostaje bez oparcia. To jest pomieszanie w sensie klinicznym: nie wie, dokąd iść, dlatego dosłownie rusza w podróż. Podróż staje się pozostawaniem w pomieszaniu, a nie ucieczką od niego. Są też w filmie inne postaci. Tu mieszają się i splatają: fikcja, historie innych osób. Nie ma gotowych rozwiązań. Przeszłość, utracone relacje, niespełnione pragnienia, przypadkowe spotkania, nie są realnym przeżyciem żałoby. Elzie miesza się to, co jej własnym doświadczeniem, z tym, co należy do innych bohaterów filmu. Przemieszcza własny nieprzeżyty ból na cudze historie, żyjąc fikcją i narracją zastępczą. Pomieszanie w jej życiu wynika z braku przejrzystej granicy między własną intymnością a opowieściami wykreowanymi na użytek literatury. Dostrzec tu można gestaltowo rozumiane mechanizmy konfluencji i projekcji. To również bardzo gestaltowskie: sens wyłania się z pola, z kontaktu z tym, co przypadkowe i nieprzewidziane, a nie z wglądu wypracowanego na terapeutycznym fotelu. Podróż jest formą fenomenologicznego badania „nie-wiem” – dokładnie to, co terapeuta powinien umożliwić klientowi w impasie, zamiast go z niego „ratować”.
W Gestalt self nie jest stałym bytem, tylko ciągłym aktem kontaktu i organizacji pola na nowo. To, że Almodóvar pokazuje pamięć i fikcję jako siły nieustannie „przepisujące” życie bohaterki, koresponduje z ideą, że po przejściu przez pomieszanie nie wraca się do starej, stabilnej tożsamości – powstaje nowa figura, uformowana już inaczej, z innym gruntem. Żałoba tutaj nie kończy się „domknięciem”, tylko reorganizacją pola, w którym matka, przeszłość i utracone relacje dostają nowe miejsce. Chwiejący się grunt na nowo odzyskał stabilność.
Na koniec tego intelektualnego procesu, trochę o mojej własnej figurze. Poczułem w ciele swobodę i spokój. Przytoczę w tym momencie jeden z moich ulubionych cytatów: „inspiracja istnieje ale musi Cię zastać przy pracy. W powyższym kontekście rozumiem ten cytat jako akceptację i spokój na impas. W przestrzeni nadziei z pewnością wyłoni się kolejna figura. Pójdę w podróż za nią…
Robert Poczekaj
Śledź Bibliotekę na Facebooku, bo jest fajna:


